Nagroda Akademii z Polski nie wyjedzie
by Harold Webbski on April 22, 2011
Poszliśmy w sobotę do kina. Miał być jakiś secik Georges’a Melies plus muzyka Pustek, czyli znośnie. To miło, że święto niemego kina jest zarazem świętem muzyki improwizowanej. Iluzjon jest przeniesiony do Biblioteki Narodowej, ostatnio spotkałem wracającą stamtąd wybitną profesorkę od romantyzmu. Rozmawialiśmy o polityce, wolno nam było, bo nie rodzina.
OK, więc wybieraliśmy się z młodą do biblioteki, żeby obejrzeć film i posłuchać koncertu. Była obawa, że dadzą nam kredki i każą rysować. Bilety porezerwowane, trzeba być pół godziny wcześniej, żeby odebrać, ale akurat na Canalu trwał jakiś thriller. Ciągle nie mogło się w nim zdarzyć nic strasznego, no więc młoda siedziała i patrzyła, czy to aby nie za chwilę coś pierdolnie, a ja dla relaksu układałem freecella w windzie albo aisleriot w ubuntu, nie pamiętam. No ale w końcu patrzę na zegar, patrzę na jakdojade i mówię: jedziemy. No to jedziemy. Read the rest of this entry »
Wojna postu z karnawałem (pod flagą księcia Janusza)
by Harold Webbski on March 28, 2011
Libańczycy prowadzą osiedlowy kebab w świetnym punkcie. Centralnie w osi głównej ulicy dzielni. Na największym skrzyżowaniu. Spotykam tam licealistów, gangsterów, muzyków, matki biorące na wynos ciepłą strawę dla córek („Nic nie chce jeść!”), a także jeszcze więcej Libańczyków. Tym razem jestem pierwszy, siadam w rogu pod pozorem szukania schronienia przed mżawką. Publiczność się gromadzi, ja słucham. Wchodzi solidnej postury „szef” (tak do niego mówią), zamawia „jeden jeden jeden” — okazuje się: kebs, herba, baklawa. Za chwilę następny klient, bardziej rozmowny.
- Proszę falafela na grubym.
– Dziś bez mięsa? Dlaczego?
– Piątek jest. W Polsce niektórzy nie jedzą mięsa w piątek.
– A alkohol można?
– Można, można.
– Jak to, religia zabrania jeść mięso, a pozwala pić alkohol? [to pytanie wraca kilka razy]
– Alkohol to jest zupełnie co innego.
– Ale to cały post? Bez mięsa tylko? Ja dziś też nie jadłem mięsa.
– No to może cię ochrzcimy?
I tak chłopcy gwarzą. Zjawia się jeszcze jeden Libańczyk, więcej klientów, rozmowa się urywa. Gdy do niej wracają, robi się nawet ciekawiej:
- To ty znasz Ustronie? — zaczyna Libańczyk. (Ustronie to akademik Politechniki, mieści się przy Księcia Janusza). — Mieszkasz tam może?
– No znam, powiedzmy. Dużo znajomych tam mam.
– Ja tam mieszkałem, jak studiowałem.
– A co studiowałeś?
– Elektronikę.
– To ja to samo. Ale co, chyba po angielsku?
– Nie, po polsku. Przyjechałem do Polski i od razu studiowałem po polsku. Rok wytrzymałem.
– A tam jest taki Arab, [pada nazwisko], znasz?
– Znam, znam. On skończył te studia?
– Tak, teraz doktorat robi. Znaczy skończył magisterkę i zostaje na uczelni.
Ja w barze już nie zostałem. Skończyłem kebsa, odpuściłem herbatę i baklawę — w końcu nie jestem szefem — i ruszyłem w moje piękne, multireligijne osiedle.
Barwy szczęścia
by Harold Webbski on March 7, 2011
Któregoś wieczoru udało się wrócić z występu The National. Niby to występ był wydarzeniem: sala wyprzedana, mnóstwo Polaków próbujących sił w angielskim (ja też, ja też), sporo zamiejscowych (50 metrów kolejki do szatni na dole i 3 metry na górze; do baru tak samo). Występ zgrzytliwy, ale pieszczotliwy, czułość i melancholia wisiały w powietrzu. Powrót z koncertu — bardziej kolorowy.
Zatrzymałem się na falafela nad stacją Świętokrzyska. Dostałem w bonusie herbatę z cynamonem (Turczyn, przekazując mi ją, powiedział: „Nie jestem rasistą”). Przed budą przebiegł opróżniacz koszy na śmieci, w czerwonym kombinezonie i kominiarce. Same oczy. Pozdrowili się z daleka z obsługą lokalu.
Gdy skończyłem, kilkadziesiąt metrów bliżej nocnego autobusu, gdzieś przed sklepem z oświetleniem, zatrzymała mnie kobiecina. Dobytek w kilkunastu torbach. „Pan da”. Dałem tyle co herbata i zamieniłem się w słuch. Jechała 22, tym nowym, no swingiem, i było tam tak ciepło, że zasnęła. To dziwne, bo przecież nie ma cukrzycy. Ochroniarze obudzili ją przy czterech śpiących. Obudzili — przy czterech śpiących. Zaraz zaraz, czy tam jeździ 22? Gdy zagaiła: „Może by mi pan coś tam w domu przygotował”, wiedziałem już, że świetnie poradzi sobie beze mnie, i odszedłem.
W nocnym spotkałem (biednego?) Murzyna w średnim wieku niemówiącego po polsku, który jechał do akademika. Po chwili Murzyn zbladł w obliczu tego, że gdy wysiadłszy, z trójką innych pasażerów przemierzałem ulicę, nieokreślony samochód zatrzymał się na zielonym świetle, żeby łacniej nas przepuścić. Poszedłem więc do domu.
Buła wrocławska na zimę
by Harold Webbski on March 1, 2011
1. Wrocław składa się ze Starego Miasta położonego między Odrą a dworcem kolejowym oraz Śródmieścia położonego między Odrą a kanałem powodziowym. Plus to, co dookoła. A może minus?
2. Wrocław to popłuczyny po Lwowie. Nie brzmi to za dobrze, ale jako popłuczyny też jest na pudle w kategorii najfajniejsze polskie miasto. Nawet ta nieszczęsna Panorama Racławicka — śmiesząca napuszonością, ale sama w sobie fajna. Nawet Uniwersytet, spadkobierca lwowskiego im. Jana Kazimierza, ale zaraz po wojnie opanowany przez najostrzejszych speców od socrealizmu — Kotta i Żółkiewskiego. I te cholerne światła dla pieszych. Po co mają chodzić po pasach w tę i z powrotem? Lepiej niech świeci ciągle czerwone, będzie bezpieczniej. I jest jak we Lwowie — wszyscy łażą na czerwonym, albo w ogóle przechodzą gdzie bądź.
3. Wrocław to Grotowski, a Grotowski to już tylko instytut i aż Ludwik Flaszen, którego widziałem na filmie i na żywo. Polski Żyd mówiący poważnie, ze śmiechem, o sprawach bardzo trudnych. Komunikatywny intelektualista, krakus z epoki lwowiaków i wilniuków, jak oni zdający sobie sprawę z tego, że wiedza bez języka jest niczym. Najlepsze, co mnie spotkało we Wrocławiu to film „Grotowski — Flaszen”. Premiera warszawska w kwietniu. Wrocławskie seminarium Flaszena — w czerwcu.
4. Wrocław to Hala Stulecia (wraz z iglicą), Zoo, Ogród Japoński, dom handlowy Renoma, wieża widokowa z napisem „Serdecznie zapraszamy” i zamkniętymi drzwiami, i jeszcze parę innych obiektów, które mają swoje lata, renomę i korzenie. Być może nawet warto je odwiedzić, choć nie wszystkie zimą. Mi najbardziej podobało się więzienie. Wprawdzie oglądałem tylko z zewnątrz, ale było to bardzo obiecujące. Jak do więzienia — to tylko we Wrocławiu.
5. Wrocław jest bogaty w wyspy i mosty, kładki. To musi być świetne miejsce latem, ale i zimą na nabrzeżach nie brakuje sympatycznej młodzieży. Wrażenie robi most Tumski, na którym wisi mnóstwo kłódek z napisami typu „Henryk i Mariola”. Część kłódek jest opisana prostym białym korektorem, część ma przykręcone metalowe tabliczki sporządzone przez fachowców (fuj!). Większość jest z datami z ostatnich miesięcy, więc prawdopodobnie żulersi co jakiś czas odbijają te kłódki i noszą na złom. A może przedsiębiorczy wrocławianie po rozpadzie związku wracają po swoje kłódki. Rok, półtora to naprawdę sporo.
6. Wrocław to miasto katedr i krasnali. Obiekty obu tych typów są wyróżnione na mapie, żeby można było łatwo je znaleźć. W przypadku kościołów nie ma to sensu — i tak wieże widać z daleka. Krasnale, funkcjonujące w mieście od lat dziesięciu, to zabawa nie dla redakcji DoPieca, ale miło, że w jakiś sposób odwołuje się to (tzn. ten pierwszy krasnal) do Pomarańczowej Alternatywy. Rysunkowy krasnal to również jedyny znośny motyw magnesów na lodówkę. Wrocław nie jest miastem magnesów.
7. Wrocław, miasto Władka Frasyniuka, oceniać należy również przez pryzmat lokalu Spiż w Rynku. Warzą tam własne piwo w kilku gatunkach od pszenicznego, przez miodowe, do portera. Jak na polski standard piwo to ma zaskakująco mało goryczki, co dla mnie było wspaniałą odmianą. Można kupić baryłkę na wynos. Będzie jak znalazł przed odwiedzeniem galerii BWA, gdzie obejrzałem wystawę „Mógłbym żyć w Afryce”, o polskim punk rocku, muzyce, zinach, kasetach… O polskiej wywrotowości po prostu. Ludzi przychodzi tam bardzo mało. „Pani” pilnująca wystawy jest tylko jedna, ale mój Boże, jeśli męczą państwa w koszmarach bździągwy z Zachęty, to we Wrocławiu czeka lek na całe zło. W końcu „Wrocław — miasto spotkań”…
Uwarzam
by Harold Webbski on February 11, 2011
Sensacja rewelacja! Poniedziałek 7 lutego 2011 przejdzie do historii prasy na ziemiach polskich. Do masowej (no, no, nie pędź tak, kozacze) sprzedaży wszedł pierwszy numer tygodnika „Uważam Rze”. Michał Karnowski we wstępniaku kusi:
Nasz tygodnik to nowe, obiektywne i uczciwe spojrzenie na polskie sprawy.
W głębi numeru Wildstein brawurowo, piękną polszczyzną polemizuje z tym zdaniem: Nie ma sensu rozwodzić się nad brakiem związku tego wyobrażenia z realnością. Mieści się ono w sferze mitów wykreowanych w Polsce przez media, których z założenia nie ima się żadne doświadczenie. Charakterystyczne natomiast jest to, że tworzą go i zarazem wierzą weń środowiska aspirujące do racjonalności i realizmu politycznego, w rzeczywistości odeń najdalsze.
Zaprawdę, godna podziwu samokrytyka. Read the rest of this entry »
Przegląd prasy tygodniowej #2
by Harold Webbski on February 6, 2011
Znowu, tym razem z lekkim poślizgiem, bierzemy się do przeglądania wybitnych polskich tygodników o tematyce polityczno-kulturalnej. To męka, ale zdarzają się perełki (czy też jaskółki). Tematy tygodnia: Berlusconi, Obama, Egipt, Balcerowicz. Nie każdy tygodnik umiał wykorzystać ten materiał do napisania dobrych tekstów, to raczej przykre, ale za to ujawniamy parę ciekawych o różnych, różnych rzeczach. Read the rest of this entry »
Ruch w interesie
by Harold Webbski on February 3, 2011

W dzisiejszej piłce nożnej kluby mogą handlować zawodnikami w dwóch terminach — od początku lipca do końca sierpnia i przez cały styczeń. Właśnie zamknęło się zimowe okno transferowe, a w dwóch niezłych ligach czołowe drużyny ładnie się potasowały. Ale i tak najbardziej podoba nam się manewr wykonany w NBA przez Pheonix Suns. Uwolnili przykutego do ławki Orlando Marcina Gortata, który okazuje im wdzięczność, grając nawet lepiej, niż potrafi, i nie daje się zatrzymać nawet metodą ze zdjęcia. Skupmy się jednak na piłce.
Read the rest of this entry »
Max wife-beaters
by Waldemar Wściekły on February 2, 2011

Mniej obytym z modą i językiem angielskim, wyjaśniam — „wife-beater” to amerykańskie, mocno pejoratywne (dosłownie „bijący żonę”) określenie fasonu podkoszulka eksponowanego przez wybitnie opaloną postać po lewej. Nawet w najbardziej czerstwych rejonach Stanów noszenie czegoś takiego to obciach. Mariusz Max Kolonko obciachu się nie boi. Jego homepage (źródło zdjęcia) śmieszy, tumani, przestrasza i dowodzi, że jeśli zachwyt zaślepia, to absolutny samozachwyt zaślepia absolutnie.
Z góry ostrzegam – ten tekst nie będzie krótki. Postać znana z okładek „Gali” przykuła moją uwagę potwornie długim i fatalnym artykułem opublikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” parę miesięcy temu, fatalnym do tego stopnia, że po wznowieniu działalności DoPieca stwierdziłem, że nie mogę go tak zostawić. Zacząłem research od oficjalnej strony Maxa i wsiąkłem na pół dnia.
Palę sporty #2
by Waldemar Wściekły on February 1, 2011
1 lutego, 20:40, Canal+ Sport 2
Liga włoska: AC Milan — Lazio Rzym
Mecz na szczycie. Lider wzmocnił skład Markiem van Bommelem (z Bayernu), ale w weekend w Catanii czerwono-czarni strzelali i wygrali, gdy MvB już wyleciał z boiska. Teraz do Mediolanu przyjeżdżają trzeci w tabeli rzymianie. Oby było równie efektownie jak prawie 20 lat temu:
5 star films #2
by Waldemar Wściekły on January 31, 2011
25. godzina
TVP 2, 31 stycznia, 23:45
Przegląd prasy tygodniowej #1
by Harold Webbski on January 27, 2011
Z bieżącym numerem „Polityka” poszła na całość i udostępniła „się” na iPada. Tak skutecznie, że wskoczyła na czoło listy polskich aplikacji na ten czarny zeszycik. DoPieca nie chce robić siary gazecie Żakowskiego i Paradowskiej, więc jeszcze się wstrzyma z podobnym ruchem. Tymczasem w katakumbach redakcji przygotowaliśmy prasówkę za pomocą starych dobrych wymiętych gazet papierowych z bieżącego tygodnia.
Read the rest of this entry »
Legendy do pieca
by Dwugłowa Hydra on January 26, 2011
Nowy rok, nowe DoPieca, nowy wystrój… Przyszedł czas na porządki. Postanowiliśmy przypomnieć sobie i nieznającym nas wcześniej czytelnikom największe osiągnięcia dotychczasowej działalności. Podróż sentymentalna w głąb pieca. Nie każdego na to stać. Oto lista tekstów szczególnie nam bliskich, chronologicznie:
1. Wściekły miał ochotę napisać coś poważnego, o polityce albo ekonomii, niestety, tudzież na szczęście, trafił na coś w rodzaju „Good Sex Guide”. Tego typu porady zawsze w cenie, więc postanowił rozpowszechnić. Przy okazji miał okazję sprawdzić, co to jest ograzm. Sprawdził.
